sobota, 18 stycznia 2014

12




***


Śniło mu się, że umiał latać... To był piękny sen - jeden z tych, które po przebudzeniu dają złudzenie przebywania w innym, lepszym świecie, gdzie wszystko idzie po naszej myśli i mamy pełną kontrolę nad losem.
Euforia dosłownie rozsadzała jego ciało, gdy otworzył oczy i westchnął zaskoczony. Obudził się nagle, zanim ten wspaniały wytwór jego wyobraźni mógł się skończyć - nie doleciał do celu.
Otaczało go światło - białe, ostre i rażące. Zamrugał kilkakrotnie, a wrażliwe oczy zaczęły dokuczliwie piec. Podniósł rękę do twarzy, by choć trochę sobie ulżyć. Palce miał sztywne, jakby dawno nimi nie poruszał, a na wierzchniej stronie dłoni czuł mały dyskomfort, jakby ktoś wbijał w nią grubą igłę, lub coś podobnego. Gdzie jestem? - pomyślał, będąc wciąż pod wpływem wrażeń ze snu. Nie pamiętał niczego. Wiedział tylko, że jest i żyje, bo czuł rytmiczne uderzenia swojego serca i w pewnym sensie je... słyszał. Nie, to były jakieś ciche, mechaniczne piknięcia, gdzieś niedaleko jego głowy.
Drgnął, odsłaniając twarz. Palący blask powrócił, ale delikatniej, niż poprzednio. Leżał na miękkim materacu, a nad jego głową rozciągał się szeroki sufit, który był źródłem tego światła. Pomieszczenie pogrążone w ciszy, przerywanej jedynie tym uciążliwym, regularnym odgłosem pikania było prawie puste - zauważył to zaraz po uniesieniu dziwnie ociężałej głowy.
Duże drzwi wyposażone w sporych rozmiarów szybę, przez którą mógł dojrzeć jedynie rozmazane zarysy sylwetek ludzi. Stolik o metalowych nogach, stojący niedaleko okna. Kilka krzeseł.
Szpital - przeszło mu przez myśl, a głowa z powrotem opadła na miękkie poduszki. Był w szpitalu...
Obrócił głowę w lewo. Rząd migających kontrolek i monitor, a na nim zielone linie i cyfry. Plastikowe rurki ciągnące się w dół z wysokiego wieszaka obwieszonego przezroczystymi workami z jakimś mętnym płynem, aż do jego ręki. Wbito mu wenflon, i to właśnie było źródło tego dziwnego kłucia. Odruchowo zacisnął palce na pościeli - co się stało?
Nagle usłyszał skrzypienie drzwi. Ktoś wszedł do środka, ale Gregor nie mógł widzieć tej osoby, bo kierując się jakimś dziwnym impulsem, zacisnął oczy. Udawał, że śpi. Osoba nachyliła się nad nim - poczuł ruch powietrza i znajomy zapach, ale nie mógł sobie przypomnieć skąd go znał. Ciepły i słodki, dobrze mu się kojarzył.
Dom... Tak, zapach jego domu, wiedział to już na pewno. Powieki drgnęły lekko, ale pozostały zamknięte. Strasznie go korciło, by otworzyć oczy i przekonać się kto był przy nim, ale ten głupi, wewnętrzny doradca mówił mu żeby tego nie robił. Pikanie przyśpieszyło równo z oddechem.
Czujesz moją obecność, skarbie? — spytał znajomy, kobiecy głos. — Jestem tu... jestem...
Ciepła, szorstka dłoń objęła jego policzek i ledwo widocznie wychylił się w jej stronę. To było silniejsze niż rozsądek nakazujący mu leżeć nieruchomo. Nie uległ jednak — leżał sztywno i dotyk zniknął nagle, a pozostał tylko chłód powietrza. Drzwi znów się poruszyły i pojawiła się kolejna osoba. Głośny stukot obcasów rozniósł się po całym pomieszczeniu — ktoś szedł szybkim i zdecydowanym krokiem, by zatrzymać się tuż obok łóżka.
Mówiłam żebyś nie przyjeżdżała tu sama — kobieta odezwała się podniesionym tonem. Zapadła ciężka cisza, a Gregor dosłownie wychodził z siebie, by powstrzymać drganie powiek.
Chciałam go tylko zobaczyć... — westchnęła ta druga, a jej głos pełen był troski i trochę także rozpaczy. — Choć to już tyle lat, ja nadal...
Dość! — przerwano jej nagle, więc zamilkła.
Nie odezwała się już, a po pokoju poniósł się odgłos kroków, więc Gregor wiedział, że wyszła. Dziwne było to uczucie, które go nagle ogarnęło — chciał, by kobieta, kimkolwiek była, wróciła. Czy to była jego matka? Przecież mógłby tylko uchylić powieki, odrobinę i na kilka sekund, by przekonać się kto przy nim pozostał. Może wtedy przypomniałby sobie jej twarz... jak wyglądała. Mógłby spytać co się stało. Dlaczego leżał w szpitalnym łóżku i nie pamiętał niczego, mając w głowie wielką, czarną dziurę? Nagle poczuł wielką senność i prawie natychmiast zapadł się w otchłani własnego umysłu, czy tego chciał, czy też nie...
Obudził się po raz kolejny i zauważył, że pokój był pełen ludzi — jego rodzina zgromadzona w jednym miejscu, skupiona w kręgu pod oknem. Rozmawiali cicho, nie zwracając na niego uwagi.
Dają nam pięćdziesiąt tysięcy za wywiad na wyłączność, tuż po tym, jak się wybudzi — odezwał się ojciec, drapiąc się po wyłysiałej przedwcześnie głowie. — To powinno wystarczyć na kilkudniowe uspokojenie tych pacanów... Co ja bym dał, żeby się odczepili.
Pięćdziesiąt na początek wystarczy, a kolejni chętni będą musieli dać więcej, albo nici z informacji — wtrąciła się Sandra.
Nie możecie go tak sprzedawać! — odezwała się kobieta o głosie, który kojarzył mu się z domem i dobrym jedzeniem, lecz nie był głosem jego matki, jak wcześniej myślał. — Jego duch jest daleko stąd, a wy nad łóżkiem dzielicie jego majątek! To nie po bożemu tak...
Znasz chyba miejsce swoje i tej... tej... naiwnej wiary — przerwała jej osoba, którą uważał za najważniejszą w swoim życiu. — Szkoda, że nie byłaś taka święta, gdy... wtedy... — zacięła się w swoich oskarżeniach i po pomieszczeniu rozniósł się jej szloch.
Jest coś o czym nie wiem? — spytała zdezorientowana Sandra, a Gregor zawtórował jej mentalnie. Wciąż był zbyt otumaniony, by móc całkowicie logicznie myśleć, ale sens słów docierał do niego wprost, choć z małym opóźnieniem.
Pieniądze, zawsze były tylko pieniądze. Od jego najmłodszych lat, od pierwszych sukcesów. Forsa, szmal... mogli spać na banknotach. Jeśliby chciał, mógł przychylić nieba im wszystkim razem, i każdemu z osobna... szkoda tylko, że oni to niebo chcieli siłą ściągnąć sobie sami.
Wstrząsnął nim niepohamowany gniew, ale nie mógł nic zrobić — jego głowę wcisnęli między jakieś skórzane pasy, więc podnosił ją tylko odrobinę, a nogi rwało mu spore obciążenie. Ręce miał wolne, ale wciąż zbyt słabe, by nimi poruszać. Tuż obok jego głowy pikała rytmicznie maszyna, a oni nic nie słyszeli. Być może wcale nie chcieli słyszeć...
Nie miał pojęcia kiedy zasnął, ale wybudził się nagle, oddychając głośno. Stojąca przy łóżku Angelika odwróciła głowę w stronę okna, więc nie mogła widzieć Gregora marszczącego brwi, gdy z wielkim uporem zabraniał sobie otwarcia oczu. Przez jej twarz przemknął grymas — ta kobieta doprowadzała ją do szału! Wciąż się wtrącała, wciąż chciała mieć z nim kontakt, po tylu latach...! Przecież zrobili wszystko tak, jak należało. Ta historia wydawała się tragiczna, lecz patrząc z perspektywy czasu, sprawy ułożyły się pomyślnie. Gregor i Lucas żyli w zgodzie, wprost przepadali za sobą, nie znajdując podstaw by wątpić... w swoje pokrewieństwo. Ahhh, stare demony wróciły i znów znalazły miejsce w sercu Angeliki, tak zgnębionym i skołatanym głęboko skrywaną tajemnicą.
Trzasnęły drzwi, więc spojrzała w tamtą stronę, widząc Sandrę, która wyglądała na zmęczoną i przekwitłą czterdziestolatkę, a nie kobietę w kwiecie wieku. Jasne włosy miała potargane, skórę szarawą, miejscami zaczerwienioną i źle pokrytą podkładem, a jej szczupłe nogi dosłownie tonęły w zbyt szerokich spodniach. Jak to możliwe, że Gregor potrafił tak za nią szaleć? Zwykła, przeciętna dziewczyna... No cóż, Angelika z własnego doświadczenia wiedziała, że cicha woda brzegi rwie — jej siostra... tak, młodsza, brzydsza, gorsza siostra... Ona...
Dlaczego tak mi się przyglądasz? — spytała Sandra, zajmując miejsce tuż przy głowie Gregora. — Nie zdążył mi zrobić dzieciaka, więc nie zastanawiaj się czy brzuch będzie widoczny zanim on się obudzi — prychnęła, wyciągając dłoń i przelotnie pogłaskała śpiącego po policzku. Ani drgnął, a skórę miał ciepłą i wyglądał jakby tylko na chwilę przymknął powieki.
Nie miałam tego na myśli, moja droga — Angelika zdobyła się na wymuszony uśmiech i usiadła na krześle naprzeciw swojej niedoszłej synowej. — Po prostu wyglądasz na zmęczoną i wyczerpaną, więc zrozum, że się martwię.
Dzieliło je łóżko Gregora, i jak na ironię było też jedynym ich łącznikiem. Angelika wciąż zastanawiała się jak to możliwe, że Gregor zwrócił uwagę na osobę tak przeciętną i zimną, jaką była Sandra, a sama Sandra tonęła w rzece pełnej niepewności, bo nagle wydało jej się, że chyba wolałaby być gdzie indziej... Wciąż rozpamiętywała te upojne momenty ze swoim ukochanym — tym, który potrafił dać jej prawdziwą rozkosz i pokazywał jej rzeczy o jakich nie miała pojęcia. Nie to co Gregor — człowiek zamknięty w sobie, humorzasty i skupiony jedynie na sukcesach. Nie tego pragnęła, nie tego też potrzebowała, ale była z nim, bo... musiała.
Sponsor się wycofa, jestem tego pewna... — głos Angeliki był cichy niczym tłumione westchnienie i napięty, więc spojrzała na nią, wracając z dalekiej drogi własnych myśli. — Musimy pójść na ich propozycję. Jeśli... jeśli on się nie wybudzi, to... będzie nasz koniec.
Donośne, miarowe pikanie aparatury monitorującej Gregora było jedynym źródłem dźwięku, który zakłócał panującą tam ciszę. Mierzyły się przez chwilę spojrzeniami. Sandra poprawiła wysuszone włosy i skupiła wzrok na paznokciach, z których odprysnął krwistoczerwony lakier.
A co z Lucasem? — rzuciła obojętnie.
Lucasa do tego nie mieszaj — skrzywiła się starsza. - On ma swoje sprawy, a zainteresowanie mediów jest ogromne... Nie chcę stracić jedynego syna — odpowiedziała, a przy ostatnich słowach załamał jej się głos.
Żadna z nich tego nie zauważyła — nogi Gregora, skryte pod cienką kołdrą drgnęły gwałtownie, a on sam otworzył szeroko oczy, by natychmiast je zamknąć. Lucas... jedyny syn... jego matka... nie jego matka... Serce przyśpieszyło, co natychmiast dało się słyszeć, ale one były zbyt skupione na sobie.
Przecież Gregor wciąż żyje... Masz dwóch synów — odezwała się ta, której głos rozpoznał najprędzej ze wszystkich i skojarzył go z twarzą. Sandra... jego Sandra.
Chciał wyciągnąć dłoń i dotknąć jej... była mu potrzebna, jak zwykle, gdy był w dołku... Zawsze mógł na nią liczyć, a w tamtym momencie czuł, że materac zapadał się pod nim i wciągała go w swoje czarne czeluście ogromna dziura w ziemi.
Często czuł się inny. Wiedział, że coś było nie tak... ale nigdy nie spodziewałby się, że jego matka... mogła wcale nią nie być. Ta świadomość przyszła tak nagle, że zmęczone serce nie nadążyło z pompowaniem gwałtownie płynącej krwi i Gregor stracił przytomność, cicho i pokornie, nie walcząc z własnym ciałem, jak to miał w zwyczaju.
Gdy otworzył oczy po raz kolejny w pomieszczeniu panował półmrok, a jedynym źródłem światła była ta przeklęta świetlówka zainstalowana tuż nad łóżkiem, która raziła jego oczy. Przez chwilę przyzwyczajał wzrok, mrugając szybko i marszcząc brwi. Coś go drażniło... hałasy, dziwne i przytłumione. Napiął zwiotczałe mięśnie, bolało jak diabli! Chciał poruszyć nogami, ale wciąż były unieruchomione, a jakiś ogromny ciężar sprawiał, że mógł jedynie trzeć piętami po materacu. Wygiął kręgosłup, opierając się na łokciach, ale głowa wciąż pozostawała w tej dziwnej uprzęży, więc po chwili opadł na poduszki. Westchnął nerwowo. Uniósł się delikatnie, potoczył wzrokiem po pokoju i zamarł...
Miała zamknięte oczy, a między jej brwiami pojawiła się zmarszczka. Różową wargę przygryzała tymi cholernie białymi zębami, za których wybielanie oczywiście zapłacił... Wyglądała jak człowiek spragniony wody na pustyni, albo jak ktoś cierpiący w agonii. Cóż za nieopisany ból musiał jej sprawiać ten facet!
Nie zauważyli go. Gregor nie mógł uwierzyć w to, co widział — w to, co się działo tylko klika metrów od jego łóżka. Sandra... Nawet nie pomyślałby, że mogła pragnąć kogoś innego. Nie spodziewał się, że byłaby zdolna do czegoś takiego... Cholera, byli w szpitalu!
Patrzył na to wszystko, nawet nie mrugając. Zdradził ją kiedyś... wiele razy. Twarze tych wszystkich młodych i ładnych dziewczyn zlewały się mu w jedno, bo myślał, że Sandra była mu wierna, a on się przecież tylko bawił. To wszystko było dla sportu, dla rozładowania napięcia, dla zabawy...
Widział w jej zaczerwienionej, napiętej z wysiłku twarzy coś, czego nigdy nie pokazywała, gdy byli razem — pasja... nie, to była... miłość. W tamtym momencie jego zazwyczaj sztywna, idealna narzeczona była prawdziwą sobą, nic to, że wciśnięta między szybę, a jakiegoś faceta. Pokazała twarz, której nie był świadom. To zabolało go najbardziej, lecz sekundę później ten szerzej nie nazwany facet, który posuwał jego Sandrę, odwrócił chwilowo głowę w bok — mignął charakterystyczny uśmiech i zarys szczęki.
Thomas? — szepnął Gregor z prawdziwą zgrozą i opadł na poduszki, całkowicie zaszokowany. Gdy tamci doprowadzili się wzajemnie do szczytu, jego serce, po raz pierwszy w życiu złamane, biło zbyt głośno i za szybko, choć nie było w pokoju osoby, która by się tym przejęła.
LENA
***

Co się tu dzieje? — ryknął rozeźlony, znajomy mi głos, sprawiając, że wyrwałam się ze snu nagle i gwałtownie.
Ból kumulował się gdzieś w okolicach nosa, promieniując na całą twarz tak, że drętwiały mi usta i policzki. Czułam ciepłą substancję spływającą po moich wargach, ale nie miałam wystarczająco dużo siły, by unieść dłoń i sprawdzić co to było. Zaczęłam się krztusić...
Pomocy — wychrypiałam, usiłując przewrócić się na bok, a kolejna fala kleistej mazi buchnęła z mojego nosa prosto na białą, zimną posadzkę, na której leżałam.
Krew... Otworzyłam szerzej oczy, wierzgając nogami. Krwawiłam, i to mocno. Nade mną górował sufit, jasny i surowy, rozświetlony ostrym światłem małych żarówek. Targana nudnością i zawrotami głowy podniosłam się do pozycji siedzącej i omiotłam pomieszczenie nieprzytomnym wzrokiem.
To był korytarz, ten sam, przez który wcześniej szłam... no właśnie, gdzie? Co się stało? Musiałam się przewrócić i niefortunnie upaść, ale... nie, to nie to. Prawda dotarła do mnie w zatrważającym tempie — uderzyła mnie... to Sandra posłała mnie na kafelki! Ścigała mnie, a wraz z nią Thomas, przyjaciel Gregora. Przyjaciel... przyjaciel? Musiałam zacisnąć powieki, bo bałagan i szum myśli w mojej głowie sprawiał, że kompletnie nie mogłam się skupić na wspomnieniach. Kątem oka zauważyłam jakiś ruch, ale równie dobrze mogło być to złudzenie.
Powoli obejrzałam się za siebie — byli tam, oboje. Sandra stała bliżej mnie, wyprostowana, z wyrazem krańcowego zdziwienia na wytapetowanej twarzy, przyciskając dłoń do ust — zapewne tą samą, którą mnie znokautowała. Thomas cofał się powoli tyłem w stronę drzwi od...
Pokój... — szepnęłam, wciąż nie spuszczając z nich wzroku. Zaczynałam sobie przypominać coś, co nastąpiło zanim wylądowałam na podłodze, ale wciąż było to zagmatwane i niewyraźne, a w dodatku wyprowadzało mnie z równowagi ich dziwne zachowanie. Wyglądali na przerażonych, gdy bez mrugnięcia wpatrywali się w jeden punkt.
Co się tu dzieje? — powtórzył ten sam głos, a ja natychmiast spojrzałam tam, gdzie oni, bo doskonale go znałam. Nie dalej jak kilka chwil wcześniej prosił mnie bym zamknęła oczy... Wróciły wspomnienia, nagle i gwałtownie — wiedziałam już dlaczego Sandra mnie uderzyła. Widziałam ich... chciałam powiedzieć Gregorowi, i to natychmiast, ale gdy tylko go ujrzałam, znów zapomniałam o wszystkim innym.
To, co zobaczyłam, spowodowało, że prawie straciłam przytomność po raz kolejny — Gregor był tam, u szczytu schodów, gniewny jak zwykle i pełen tłumionej złości, w całej swojej krasie. Jego oczy rzucały gromy, a pięści zaciskał tak mocno, że wypukłe żyły na przedramionach i ścięgna napięły się do granic możliwości, sprawiając, że wstrzymałam oddech. Wyglądał jak książę ciemności — wysoki, zły i niezaprzeczalnie piękny. Nie to jednak było najważniejsze — gapiliśmy się na niego, całkowicie zaskoczeni i pozbawieni tchu, bo on... stał.
Stał na dwóch nogach, bez żadnej podpórki, a obok niego nie było ani śladu wózka inwalidzkiego — jego wiernego kompana od wielu, wielu dni...